50 %

W miniony weekend rocznik 2007 rozegrał ostatni mecz ligowy pierwszej rundy. 

W miniony weekend rocznik 2007 rozegrał ostatni mecz ligowy pierwszej rundy. W markach Talent pokonał Marcovię 2:1. 

Marcovia Marki – Talent Warszawa 1:2 (0:2)

0:1 J. Socha as. D. Nowak
0:2 A. Kondej as. D. Nowak 
1:2 

Skład: W. Lisak, M. Cupriak, G. Szczęsny, A. Kondej, W. Szyszkowski, O. Koper, D. Nowak, J. Socha, A. Świątek, W. Koc, K. Zub, K. Żyła, I. Veadin 

Komentarz trenera: 

Jeżeli kiedyś będę musiał wymienić najbardziej zakłamane rzeczy na świecie, to obok obietnic wyborczych polityków, staników push up i zdjęcia profilowego na facebooku, wymienię wyniki meczów Talentu Warszawa 2007. Jeśli ktoś spojrzy na suchy wynik, nasunie się tylko jedna myśl – wyrównane spotkanie na tak zwanym styku. Rzeczywistość była jednak zgoła inna. 
Od pierwszej minuty dominowaliśmy na boisku i byliśmy o klasę lepsi od rywala zarówno taktycznie jak i technicznie. Świetnie funkcjonował środek pola, który ciągle brał na siebie grę i szukał kreatywnych rozwiązań. Dwójka naszych stoperów to już powoli klasa sama w sobie, bo ich trzymanie linii obrony, odpowiednie skracanie czy wydłużanie pola gry przyczynia się do tego, że każdy nasz rywal stwarza sobie bardzo mało sytuacji bramkowych. Jednak w tym meczu najbardziej cieszyła mnie powtarzalność wielu bardzo dobrych akcji. Tej powtarzalności brakowało nam chociażby w ostatnim spotkaniu. Druga połowa to ponownie nasza dominacja i kolejne stwarzane sytuację, które były wypracowane przez bardzo dobre otwarcie, a następnie budowanie gry. Na 5 minut przed końcem, po zamieszaniu przed polem karnym tracimy gola. I na własne życzenie robi się nerwowo, chociaż z tej nerwowości wychodzi to, że to my jeszcze mieliśmy szansę podwyższyć wynik niż rywal go wyrównać. 
Bardzo dobre spotkanie grał Olek Świątek. „Święty” super poruszał się po boisku, wychodził po grę, utrzymywał się z przodu przy piłce, odważnie wchodził w drybling i zazwyczaj wygrywał te pojedynki. Mam nadzieję, że zacznie mu „żreć” niczym Krzysztofowi Piątkowi. 
Mówi się że z bramkami jest jak z keczupem. Przechyla się butelkę, trzęsie się nią i nic nie leci, nic nie leci i nagle bach-wylatuje połowa zawartości. Mam nadzieję i wierze w to, że za chwilę nam też tak „siknie”, wszak butelką trzęsiemy od I kolejki.